Przebijające się do pomieszczenia promyki słońca nie pozwoliły mi dłużej zwlekać. Pomimo mrozu (delikatnego, ale jednak), zapięłam na aparat obiektyw 50 mm z analogowej Praktiki – ostatnimi czasy mój ulubiony zestaw i poszłam na pobliski bazarek. Co prawda miałam tam do kupienia jedną rzecz, ale również moim celem było złapanie kilku ulicznych kadrów, skoro już tak fajnie świeci słonko.

W momencie kiedy już załatwiłam, co miałam załatwić ale z niekoniecznie trafionymi zdjęciami (niewiele działo się na tym bazarku, a ludzi było jak na lekarstwo), schowałam aparat do torby i zaczęłam iść w kierunku domu. Dosłownie sekundę po tym, jak aparat miałam już spakowany i przechodziłam na drugą stronę ulicy, zauważyłam pędzącego na składaku starszego szaleńca z wąsem:) Dodatkowo rozśmieszyła mnie jego “stylówka” łącząca w sobie moro, panterkę i wiele innych printów. Miałam dosłownie ułamek sekundy na to, by wyciągnąć z powrotem aparat. Moment udało się złapać choć nie do końca trafnie, bo staruszek strasznie pędził, a obiektyw bez autofocusa. Zdjęcie więc nie jest poprawne technicznie, ale ma swój urok! Przynajmniej dla mnie:).

Żałowałam, że i ja roweru nie mam, by móc go dogonić i niepostrzeżenie cyknąć jeszcze parę fotek. Pomimo tego, że nie wiedziałam dokąd Pan pojechał, coś mi mówiło, żeby wrócić i podejść na drugi bazarek, po drugiej stronie ulicy. Tak zrobiłam. Przeszłam cały, zrobiłam ze 2 zdjęcia ale nadal nic specjalnego. Aż wreszcie, w momencie kiedy wyszłam na chodnik i zaczęłam kierować się w stronę domu, zauważyłam ten sam rower pędzącego “szaleńca”! Stojący przed miejscem, gdzie można oprawić swój obraz lub kupić nowy albo oddać stary do renowacji. Zatrzymałam się, ustawiłam ostrość:) i czekałam… nie wychodził przez 5 minut, 10, 15…. stałam tak pół godziny minimum i już kilka razy chcąc odejść, bo marzło wszystko, co mogło – wstrzymałam się jeszcze chwilkę.

Zmieniłam miejsce “polowania” i jest! Wychodzi! Z zupełnie innego miejsca niż się spodziewałam (chyba jakoś tyłem wyszedł i obszedł sklep dookoła), podszedł do roweru, przestawił go w drugą stronę i schował się z powrotem. No żesz! O CO CHODZI ?!

Po sekundzie wychodzi znowu. Ze swoim (chyba) kolegą – ten lekko chwiejnym krokiem, wsiada na rower i niewiele się rozglądając odjeżdża. Popędził przez przejścia dla pieszych na czerwonych światłach, niewiele rozglądając się na boki. Dopiero w momencie kiedy wyszedł, zauważyłam jego umazane w farbach portki i wtedy zagadka się rozwikłała.. Pan był malarzem:) Widać od pierwszej chwili, że artysta:)

Zauważył mnie jego kolega i podchodząc bliżej, powiedział: “Świr, ale go lubię” :). Pomyślałam: fajnie jest być świrem-artystą. I fajnie móc wyjść na miasto, kiedy słońce woła. I po prostu pochodzić i poobserwować świat wokół.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.